TR
WARSZAWA
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
TR Warszawa
wtorek, 15 lutego 2011
KSIĘGA BEZ TYTUŁU

TR Warszawa, 14 lutego 2011

Nowa dramaturgia: Jarosław Kamiński KSIĘGA BEZ TYTUŁU

Obsada: Agnieszka Podsiadlik, Adam Woronowicz, Tomek Tyndyk,

Daniel Polkowski – saksofon

Opieka reżyserska: Sebastian Łach

Księga. Bez tytułu. Bez tekstu. Opowieści są bardziej niebezpieczne niż życie. Proszę, słucham. Wbrew ostrzeżeniu z offu – opowieść zaczyna się. Prawo głosu dostaje Adam Woronowicz, stając się tym samym narratorem, opowiadaczem losów starotestamentowego Józefa, syna Jakuba. Litery. Słowa. Zdania. Akapity zdań. Jak ziarnka piasku.

Czytanie Księgi bez tytułu w TR jest próbą-spotkaniem. Zderzeniem punktu widzenia człowieka współczesnego ze zreinterpretowaną historią biblijną. A Biblia to sacrum. Wydawałoby się. Zaś w tej realizacji z sacrum zostaje podjęta polemika. Wizerunek Józefa jako natchnionego przez Boga tłumacza snów zostaje sprowadzony do człowieka, który się w nich zapętla, nie umie znaleźć właściwej interpretacji. Sam narrator przez moment zastanawia się, o jakim Józefie właściwie mowa: Józef? Nie znam żadnego Józefa... A, ten. Ten...

Dominuje dość lakoniczny sposób opowiadania. Do monologu przemycona zostaje ironia i sarkazm, a wydarzenia ze Starego Testamentu ukazane są w formie anegdot przytaczanych w gronie znajomych. Do kogo są kierowane? Na pierwszy rzut oka – do kamery. Woronowicz zajmuje miejsce tyłem do publiczności. Obraz z kamery jest na bieżąco przekierowywany na ekran. Widz więc ma wrażenie, że narrator mówi do niego; obserwuje jego dokładną mimikę, śledzi uniesienia brwi, lekkie uśmiechy, westchnienia.

Na scenie narrator nie jest sam. Za nim, przy postawionym stole, naprzeciwko siebie, siedzą dwie osoby (Agnieszka Podsiadlik i Tomasz Tyndyk), z ich ust nie pada ani jedno słowo. Słuchają, reagują na to, co mówi jedynie uśmiechami i porozumiewawczymi spojrzeniami. Nie wchodzą z nim w żadną interakcję, pozostają w pewnym sensie w innym wymiarze. Monolog urozmaica tylko muzyka wykonywana na żywo przez saksofonistę Daniela Polkowskiego. Delikatne dźwięki przeplatają się z tekstem narratora. Pod koniec na ekranie twarz opowiadającego zostaje zastąpiona sekwencjami zdań, wypowiadanymi przez głos z offu: Zwęglonymi, pozbawionymi życia. I zostawiają nas z refleksją, że każdy jest podróżnikiem, który błąka się po pustyni słów. Szukamy interpretacji, znajdujemy niekończące się iluzje. Czarny ekran. Pustynia. Pustynia.


[txt Aleksandra Szablewska, fot.: 1, 2, 3 Agata Banaś, 4 kul]

poniedziałek, 13 grudnia 2010
Dlaczego chmury nie spadają?

Jedenastoletni Momo, w którego postać wcielił się Rafał Maćkowiak prowadzi wykład pokazujący, że dorośli kompletnie nie znają dzieci. W rolę dorosłego oraz wyobrażeń Momo wcieliła się Monika Pikuła. Czuć było dobrą atmosferę na scenie, a także zaangażowanie aktorów w przedstawienie treści. Na widowni trwała zabawa na całego. Każdy kolejny argument Momo publiczność przyjmowała salwą śmiechu. Śmiechu także z siebie, ponieważ z problemami zawartymi w "Ścianananaświat" Serge Kribusa, każdy dorosły człowiek musiał zmierzyć się sam.

Spotkanie z nową dramaturgią belgijską odbyło się w ramach projektu THEATRE BE>PL TEATR Czytanie sztuki wyreżyserowała Ana Brzezińska.

[txt Patryk Wiśniewski, foto Piotr Fidler]

 

środa, 27 października 2010
WIEŻOWIEC OBRONNY

25 października na TR-owej scenie po raz kolejny zaistniała Nowa Dramaturgia. Aktorzy pod opieką reżyserską Macieja Podstawnego wystąpili z tekstem pełnym agresji, absurdu i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Siedząc na wprost widowni bawili się graniem, improwizowali, mylili się i śmiali sami z siebie. Ich naturalność oraz dystans do sztuki były rzeczą, która przemówiła do widzów. Wieżowiec obronny został pokazany jako opowieść o Każdym. Spod warstwy szokujących wypowiedzi, przybijały ludzkie uczucia i emocje. Bardzo ważnym elementem była także muzyka. Szkoda tylko, że półtoragodzinne czytanie nie pomieściło całego tekstu Copi'ego...

 

 

Dlaczego zdecydowałeś się przygotować „Wieżowiec obronny”?

Maciej Podstawny: Warto było sięgnąć po ten dramat, żeby przebić się przez to coś, co ma w sobie nienowoczesnego. Nie po to, aby zniszczyć tę formę, tylko by z konsekwentnie zepsutej formy, wyciągnąć wszystkie lęki, obsesje, marzenia, które dzisiaj bardzo wielu dramaturgów podaje wprost, nie tracąc czasu na „serial”. Ten tekst nie do końca pasuje do idei nowej dramaturgii, ponieważ został napisany w 1981r. Ma przestrzeń tematyczną kontrkultury lat 80-tych, paryskich artystów, homoseksualistów, alkoholików. Nie jest nowy tematycznie, dlatego brzmi trochę zabawnie, gdy się go czyta w teatrze. To opowieść o pięciu gejach i naćpanej pani; ma strukturę komedii, serialu – coś się dzieje, przychodzą ludzie, wszystko jest tak bardzo rozkoszne, ale w sposób makabryczny. Jest dużo krwi, węży, trupów.

 

 

[txt i rozmowa: Agata Banaś, foto: Patryk Wiśniewski]

poniedziałek, 14 czerwca 2010
Zarys historii miłosnej

ZARYS HISTORII MIŁOSNEJ przygotowany w cyklu NOWA DRAMATURGIA przez Ewelinę Marciniak [w obsadzie trójka studentów krakowskiej PWST: Julia Wyszyńska, Katarzyna Zawadzka, Wojtek Trela, oraz aktor TR Sebastian Pawlak] uchwycony piórem i obiektywem naszej wolontariuszki Agaty Banaś:

31 maja 2010 Nowa Dramaturgia zaskoczyła widzów. Spektakl, który rozegrał się na deskach TR, bazował na sztuce Ann-Christin Focke ZARYS HISTORII MIŁOSNEJ. Niemiecka autorka napisała dramat o uczuciach - głównie miłości, ale także o samotności, strachu, potrzebie zrozumienia i odkrycia prawdy. Czworo przyjaciół wyrusza na wyprawę w góry Nepalu. W drodze na szczyt zaskakuje ich zamieć śnieżna, jedna kobieta ginie, mężczyzna dostaje choroby górskiej, sytuacja zdaje się beznadziejna. Mimo wszystko trójce osób udaje się zejść na dół. W szpitalu trwa zażarta dyskusja na temat tego, co w ogóle się stało. Tekst Focke jest minimalistyczny - minimum słów, maksimum treści, atmosferę buduje jedynie zmieniający się wystrój szpitalnego pokoju.

[Szpital. Łóżko. Stół z obrusem i bukietem kwiatów, dwa krzesła, zdjęcie na ścianie.]

"Zarys historii miłosnej" był próbą czytaną. Z takim założeniem przyszła publiczność i stąd pewnie zaskoczenie widzów sztuką przygotowaną po opieką reżyserską Eweliny Marciniak. Aktorzy, choć faktycznie wyszli na scenę ze scenariuszami, raczej niewiele z nich korzystali. Czytanie, które ich ograniczało, bardzo szybko przerodziło się w rozmowę. Między aktorami pojawiła się interakcja, świadoma i celowa improwizacja. Czytanie według Eweliny Marciniak nie jest etapem na drodze do "normalnego" spektaklu. Jest to forma docelowa opierająca się na zderzeniu oczekiwań widza z tym, co widzi na scenie, ścieraniu się wizji reżysera i pomysłów aktorów. Czytanie jest ramą, z której aktorzy muszą wyjść, aby na scenie pojawiły się prawdziwe emocje. Jest to forma, która tworzy się na oczach widza.

[txt i foto Agata Banaś]

więcej zdjęć tradycyjnie na naszej sTRonie

środa, 02 grudnia 2009

30 listopada 2009 - w cyklu NOWA DRAMATURGIA zaprezentowaliśmy ZRANIONĄ MŁODOŚĆ Falka Richtera. Opieka reżyserska - Adam Nalepa, czytali: Agnieszka Podsiadlik, Sebastian Pawlak i Jan Dravnel.

czwartek, 29 października 2009
Eldorado

26 października, Nowa Dramaturgia w TR: ELDORADO Mariusa von Mayenburga, opieka reżyserska Iwo Vedral, czytali: Klara Bielawka, Jolanta Olszewska, Agnieszka Podsiadlik, Rafał Maćkowiak, Sebastian Pawlak.

Więcej zdjęć na naszej sTRonie.

piątek, 22 maja 2009
Elektryczny parkiet

Próba do próby czytanej ELEKTRYCZNEGO PARKIETU Endy Walsha:

[foto kul]

czwartek, 16 października 2008
Budyń i Sprawcy Rzepaku
Czyli muzyczna oprawa poniedziałkowego słuchowiska DUBLIN. ONE WAY:
 
środa, 15 października 2008
Krzysztof Czeczot, DUBLIN. ONE WAY.

Emigracja z jednego z wielu zjawisk socjologicznych stała się niedawno być może najważniejszym problemem, przed którym staje naród, politycy i każdy człowiek z osobna. Wyraz „problem” został uprawomocniony, gdy okazało się, że niemal każdy Polak ma w rodzinie lub przynajmniej wśród znajomych kogoś, kto opuścił rodzinne strony. Jak trafnie brzmią słowa:

On ma tyle lat, co ty. Może jest trochę starszy, może trochę młodszy - nieważne. On ma żonę i dwie córki. Jak ty. Może jak ktoś z twoich znajomych - nieważne. On miał-ma-chce mieć pracę. Raczej w Dublinie niż w Szczecinie - wyjeżdża. Jak ty, albo ktoś z twoich znajomych. To jest bardzo ważne.



Krzysztof Czeczot, absolwent łódzkiej Filmówki, jako pierwszy podjął się opisania i przedstawienia tego problemu.

Trzonem tej realizacji są splecione ze sobą autentyczne nagrania z ulic Szczecina oraz Dublina. Ciężko w nich dopatrzyć się czegoś z tradycyjnie pojmowanego słuchowiska. Wydają się one chaotycznie ze sobą zestawione, trudne do przyporządkowania konkretnej osobie, której los widz miałby tu śledzić. Jednak wśród odgłosów z lotniska, nieśmiałych pytań o pracę w niedoskonałej angielszczyźnie, spotkań rodaków na obczyźnie (prowadzonych w tamtejszym języku), trudnych rozmów telefonicznych z rodziną czy radości ojca ze spotkania z dzieckiem, wyłania się obraz bardzo uniwersalnej historii, z którą każdy mógłby się bez większego trudu utożsamiać. Bądź się w niej rozpoznać rozpoznawać.
Elementem potraktowanym na równi ze słuchowiskiem czy nawet miejscami wybijającym się przed szereg była muzyka zespołu Budyń i Sprawcy Rzepaku, za którym to stoi znany skądinąd Jacek Szymkiewicz. Swoim bogatym instrumentarium stworzyli ciekawą i żywiołową muzykę, której najbliżej (co jest dość oczywiste) do brit-rocka oraz innych wyspiarskich osiągnięć muzycznych, jak na przykład alternatywnego popu. Przeważnie dość krótkie, ciekawe i skonstruowane z wyraźnym kombinatorskim zacięciem utwory przerywały ciąg (niby)fabuły słuchowiska, wplatały się w nią, wpadały bądź odnajdywały się we wzajemnej harmonii.
Tłem do tego spektaklu, którego część stanowili sami muzycy ze swoim zachowaniem, były wyświetlane zdjęcia, fragmenty map, planów, pojedynczych zwrotów, wycinków z gazet, bliżej nieokreślonych form z tendencją do rozmazywania się (Hello John).



Już poza naturalnymi trudnościami wynikającymi z tematu przedstawienia, każdego widza powinna zastanowić ta mikstura trzech elementów (obrazu, muzyki i swoistych odsłon życia). Samo to wydarzenie, wedle życzenia, odbiorca mógłby potraktować wyłącznie jako udany koncert czwórki utalentowanych muzyków, całą zaś resztę jako upiększające go dodatki; swoiste sample, które w większy bądź mniejszy sposób wpływałyby na jego samopoczucie, tak czy inaczej przygotowywały do odbioru następnej piosenki, budząc być może czasami ciche uczucie niepokoju. Nie byłby to jednak pełny odbiór tej sztuki, choć nie można powiedzieć, że całkowicie błędny. Widz otwarty na nowe formuły, nowe rozwiązania płynąłby wraz z iluzyjną fabułą opowieści, dodając na równi emocje związane z muzyką podaną w ten właśnie sposób. I wbrew pozorom siła muzyki podanej na żywo równoważona jest przez słuchowisko i rozmywające się obrazy z tła. Te dwa ostatnie elementy razem żyją własnym życiem wewnątrz widza.

DUBLIN. ONE WAY jest odświeżeniem problemu emigracji, sposobem, by poznać go na nowo, czy też z innej strony. Jednocześnie możemy się doszukiwać przestrogi – w takim świetle dałoby się odczytać chociażby nagrania małej dziewczynki uczonej języka angielskiego (Unit one...). Nikt nie namawia do szukania szczęścia za granicą, jest to jedynie jedna z dróg, ale z pewnością cieszy, że to zjawisko doczekało się takiego artystycznego odzewu.

[txt Paul Soin, foto mm]

czwartek, 10 kwietnia 2008
Ciemny kuszący świat

Na ekranie telewizora widać frontowe wejście do domu. Ujęcie jest statyczne, przeciąga się, nic się nie dzieje. Zaczyna nużyć – nieznany dom, anonimowa własność obcych ludzi, nie wzbudza żadnych emocji. A może wzbudza? Przed kamerą może znaleźć się ktokolwiek. Ktokolwiek, czyli każdy. Czyli także ja.
Nagle coś się zmienia, w nieruchomy obraz wdziera się jakiś kadr. Trwa ułamek sekundy, to mgnienie oka, ale wystarczy, żeby rozpoznać, co przedstawia dziwny bohomaz – kurę bez głowy, z szyi zwierzęcia tryska krew. Absurdalne, niepokojące, obce, unheimlich – jak by powiedzieli Niemcy. Właściwie nic nie gra, nic do niczego nie pasuje. Tak jakby ktoś nagle chciał wstrząsnąć fundamentami świata i odkrył, że żadne fundamenty nie istnieją, nic nie trzyma się w ryzach.

Ta scena pochodzi z filmu Michaela Haneke Ukryte. Händl Klaus, autor sztuki Ciemny kuszący świat, której czytanie odbyło się 17 marca w TR (opieka reż. Kuba Kowalski) musiał znać ten film z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że o Ukrytym było głośno na całym świecie (tak jak o każdym nowym filmie Michaela Haneke), po drugie dlatego, że Klaus na początku kariery był aktorem Hanekego. Być może Händl Klaus właśnie od austriackiego reżysera nauczył się tropić te niesamowite pęknięcia – w czasie, przestrzeni, historii, życiu – które wytrącają z równowagi i z których wyłaniają się wątpliwości, pytania i koszmary.

Czytanie sztuki Ciemny kuszący świat pod opieką Kuby Kowalskiego także wydaje się pęknięte. Z pozoru opowieść Klausa jest klarowna i spójna – w trzech aktach poznajemy młodą lekarkę Corinnę (Eliza Borowska), która wyrusza do Peru. Przed odjazdem spotyka się z Joachimem Hufschmiedem (Adam Woronowicz), właścicielem wynajętego przez nią mieszkania, i odbywają ostatnią rozmowę. W czasie spotkania Joachim odkrywa, że na podłodze wysprzątanego, sterylnego mieszkania leży coś, co uderzająco przypomina ludzki palec. Nie chce zwrócić znaleziska Corinnie, a lekarce wyraźnie bardzo zależy na małym anatomicznym szczególe. Matka Corinny, Mechtild (Maria Maj), przyjedzie do Niemiec po własność córki.

Opowieść Klausa sprawia wrażenie linearnej i prostej, ale z czasem zdajemy sobie sprawę, że jej oczywistość to wyłącznie nasza zasługa – wszystkie niedopowiedzenia uzupełniamy mechanicznymi domysłami, które wpisują się w najbardziej przewidywalny scenariusz wydarzeń. Tak naprawdę pozostajemy wobec Ciemnego kuszącego świata bezradni. Nie wiadomo, czy odcięty palec należy do kochanka Corinny, pochodzi z ćwiczeń anatomii przeprowadzanych na zajęciach w akademii medycznej, a przede wszystkim – czy w rzeczywistości jest palcem. Nie wiadomo, kto żyje, a kto umarł, kto kogo spotkał w przeszłości i czy w ogóle można mówić o przeszłości. Czas się zapętlił – okazuje się, że wczorajszy wypadek samochodowy pochodzi z jutrzejszego dnia, a lipy pylą bez względu na zmianę pór roku.


Sztuka Klausa w interpretacji trójki aktorów jest groteskowa, przede wszystkim przez paradoksalne połączenia komizmu z tragizmem. Paradoksalne o tyle, o ile właściwie nic nie nasuwa skojarzeń z tragizmem, ale gęsty absurd, skondensowany niczym pyłki podawane Joachimowi przez Corinnę jako lek homeopatyczny, wywołuje wrażenie świata-nie-do-zniesienia. Ale czytanie Ciemnego kuszącego świata powiodło się przede wszystkim z jednego powodu – ze względu na udział Elizy Borowskiej, Marii Maj i Adama Woronowicza. Wszyscy troje balansują na cienkich granicach między normalnością a nienormalnością, i raz po raz (jak w wymianie zdań między Corinną a Joachimem, złożonej przede wszystkim z powtarzalnych potakiwań) wpadają w rytm wyznaczany chyba tylko przez obsesyjną chęć poskromienia rzeczywistości i odnalezienia w niej struktury. I dzięki nim widać, że to, co najbardziej niepokojące, nie kryje się w mroku, ale pojawia w pełnym słońcu, w blasku najjaśniejszego dnia.

[txt Agnieszka Jakimiak, foto mm]

czwartek, 10 stycznia 2008
Martin Crimp, Fewer Emergencies

Najpierw szczątki historii o niej - wychodzi za mąż, młodo, i natychmiast zdaje sobie sprawę, że to był błąd. Potem coś o nim - złości go, gdy czasem spóźnia się listonosz. Więc strzela - recepcjonistce w usta, nauczycielowi w serce, czwórce dzieci w głowę. Później jeszcze coś o tym, jak wykryto i usunięto sekwencję genową, której obecność powoduje, że ludzie wyrzucają przed dom stare materace, o szafkach z drogocennego drewna, w których znajdują się różne potrzebne rzeczy (sadzonki dębów, wyspa Manhattan, japońskie pole golfowe) i jeszcze o paru innych sprawach.

Zrealizowane pod reżyserską opieką Iwo Vedrala czytanie Fewer Emergencies Martina Crimpa doskonale pokazało zasadniczą cechę tych trzech króciutkich tekstów - ich fabularną kapryśność, ich niechęć do liniowego rozwijania wątków. Crimp rezygnuje nie tylko z konkretyzacji miejsca akcji i jej czasu, z określenia postaci swoich dramatów, ale rezygnuje tak naprawdę również z opowiadania historii. Większość z tego, co dzieje się w jego tekstach, dzieje się, by tak rzec, między słowami - raczej w sposobie prowadzenia rozmowy, niż w samej rozmowie. Niczego więcej nie potrzebowali jednak czytający Crimpa aktorzy - Magdalena Popławska, Piotr Ligienza, Lech Łotocki i Adam Woronowicz. Wspomagani przez zawieszoną w przestrzeni, tworzącą doskonale nie-narracyjne tło muzykę Piotra Domińskiego i wizualizacje Tomka Brzezińskiego będące kolażem skrywających różnorakie formy biedy i zniszczenia zdjęć, wydobyli z tych bezustannie podających się w wątpliwość, podkopujących się nawzajem słów kompletny świat. W tle przewija się co prawda i nieustannie powraca temat przemocy, ale pozostaje to głównie świat napięć, przesunięć, konfliktów i sojuszy pomiędzy samymi rozmawiającymi. Co chwila poprawiają nawzajem swoje wypowiedzi, wytykają sobie błędy, proszą o powtórzenie, zapominają kwestii itd. Wygrywanie sensów sztuki na takich zabiegach było dla aktorów prawdziwym polem do popisu, zmusiło ich do zagrania poprzez słowa. Chapeau bas osobno dla całej czwórki, osobno dla absolutnie niezwykłego Adama Woronowicza i osobno, oczywiście, dla Lecha Łotockiego za brawurowy „12-taktowy blues doręczeniowy".

Fewer Emergencies Crimpa jest specyficzne z tego względu, że trudno wyobrazić sobie pełną realizację sceniczną tych tekstów. Nie wiem nawet, czy jest ona tak naprawdę potrzebna - wydaje się, że ich wystarczającą realizacją jest właśnie samo czytanie. Okazuje się, że wszystko, czego im potrzebna do pełnego zaistnienia to paru dobrych, wrażliwych na tekst aktorów, delikatna opieka reżyserska i nienachalnie uzupełniające całość muzyka i wizualizacje. Tyle dostaliśmy, więcej do szczęścia nie potrzebujemy.

[txt Jan Czapliński]

poniedziałek, 07 stycznia 2008
12-taktowy blues doręczeniowy

w wykonaniu Lecha Łotockiego

z gitarową muzyką Piotra Domińskiego:

Więcej zdjęć z czytania sztuki Martina Crimpa FEWER EMERGENCIES jak zwykle na naszej sTRonie.

[foto mm]

sobota, 03 listopada 2007
Barbara Radziwiłłówna Show

Chyba nikogo, kto słyszał (i widział), jak Michał Witkowski czyta swoje książki, nie trzeba było zachęcać do zobaczenia BARBARA RADZIWIŁŁÓWNA SHOW, czyli czytania fragmentów powieści "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej". Ci, którzy nie mieli jeszcze tej okazji, powinni wybrać się do TR w sobotę, na drugą odsłonę tego widowiskowego czytania.

Więcej zdjęć na sTRonie. Relacji innej niż obrazkowa spodziewać się nie należy, chyba że ktoś nam coś przyśle, do czego jak zawsze namawiamy.

[foto mm]

[04.11.2007]: Relacja słowna w Gazecie Stołecznej.

piątek, 26 października 2007
Życie jest snem

Wreszcie obiecana relacja z ostatniego czytania: 

Las Meninas. Obraz Diego da Silvy Velazqueza. Ok. 1656 roku. Jego reprodukcje otrzymali widzowie, którzy przybyli w poniedziałkowy wieczór do TR. Pośrodku stoi malutka infantka Małgorzata. Patrzy w stronę widza. Wokół niej dwórki oraz inni domownicy dworu hiszpańskiego.

I tak właśnie wyglądała kompozycja sceniczna próby czytanej Calderóna Piera Paolo Pasoliniego (choć może nie od razu można skojarzyć parę obrotowych krzeseł z wysmakowaną kompozycją tego dzieła...)
Po środku Rosaura (Agnieszka Podsiadlik). Nieruchoma, wpatrzona niewidzącym wzrokiem w widownię. Rosaura za każdym razem budzi się gdzie indziej. W innym czasie, w innym miejscu, wreszcie w innej konwencji teatralnej. Obudziwszy się, nie pamięta ani swoich snów, ani tego, gdzie jest. Tak jak u Calderóna „życie jest snem / tylko snem / i ten kto żyje śpi / i śni siebie pokąd nie prześni siebie”. Zapamiętuje dopiero ostatni sen dziejący się w obozie, wśród SS-manów i więźniów, zaraz potem hiszpańscy robotnicy, czerwone flagi – i dopiero tu zaczyna się prawdziwe życie, prawdziwe tragedie...



A po czytaniu rozmowa Moniki Powalisz z tłumaczką dramatów Pasoliniego Ewą Bal. O języku dramatu, o różnicach w doborze środków wyrazu artystycznego między filmami a sztukami teatralnymi Pasoliniego oraz o tym, że każdy autor (a i tłumacz także) słyszy w swojej głowie własną wersję tego, „jak to się powinno mówić”...I że ta wersja rzadko zgadza się z wersją reżysera... I z tymi różnicami po prostu trzeba się pogodzić.

[txt Agata Steifer, foto mm]

Więcej zdjęć na naszej sTRonie

poniedziałek, 15 października 2007
Las Meninas

Dla tych, którzy nie byli na dzisiejszym czytaniu, fragment Calderóna Pasoliniego, wyjaśniający obecność tutaj tego obrazu: 

Scena, którą za chwilę zobaczycie, została pomyślana zgodnie z regułami tradycyjnej scenografii teatralnej. Ale wcale nie z nostalgii za tymi dawnymi regułami autor skonstruował ją, posługując się mną w zastępstwie nie mniej zużytych i pociesznych didaskaliów. Wręcz przeciwnie, nadal całkiem świadomie nienawidzi tego typu scenografii, która jest czymś więcej niż tylko znakiem miejsca. Staje się bowiem natychmiast częścią owego rytuału społecznego, którym teatr jest dla mieszczaństwa i którego autor zaakceptować nie może.

Powodem, dla którego autor wyobraził sobie ten epizod tak, jakby rozgrywał się wewnątrz obrazu Las meninas Velázqueza (już wspomnianego zresztą w I Epizodzie), była dosyć tajemnicza inspiracja, która nie oznacza wcale nostalgii za dawnym teatrem, ale każe posługiwać się dawnym teatrem w połączeniu z malarstwem jako dwuznacznym środkiem wyrazu. Czyli to nie kompromis, ale kalkulacja, oczywiście nieco zwariowana (za którą autor przeprasza wszystkich, którzy wymagają od teatru dyscypliny, nie wiedząc, że dyscyplina często usprawiedliwia tylko ubóstwo myśli), i to nie niewinna sprzeczność, a sprzeczność świadoma.

Relacja z czytania i spotkania z tłumaczką + zdjęcia - wkrótce. Na razie blog udaje się do Wrocławia, by obejrzeć MEDEĘ / [mede:ę].

wtorek, 29 maja 2007
Życie i śmierć Barbary Krapp

Za nami ostatnia w tym sezonie próba czytana w cyklu Nowa Dramaturgia TR. Dramat Artura Urbańskiego czytali Magdalena Cielecka, Magdalena Kuta, Maja Maj, Andrzej Chyra i Lech Łotocki. Poniżej relacja, czy raczej impresja.

Czasami spotykamy takie kobiety, w tramwaju, na przystanku, nagle zaczynają do nas mówić, choć może wcale nie do nas, może nie zwracają uwagi na to, czy rzeczywiście słuchamy. Snują smutną opowieść o swoim życiu, które już dawno minęło. Samotne lub odrzucone stare kobiety...
Życie Barbary Krapp poznajemy właśnie dzięki takiej opowieści. Maria Maj, która rewelacyjnie wcieliła się w rolę tytułową, kolejny już raz gra osobę pasjami rozwiązującą krzyżówki. Rozwiązywała je również w Tlenie Aleksandry Koniecznej i w Weź, przestań Jana Klaty. Za każdym razem czynność ta staje się sposobem na wypełnienie pustki obecnego życia. Mechaniczne wpisywanie w kratki znanych na pamięć haseł. Teraz jest na to czas. Matka trójki dzieci, wdowa. Mieszka u obcych, opiekuje się obcym dzieckiem, przysłuchuje się kłótniom młodego małżeństwa, zajętego robieniem kariery. Jej opowieść jest nieco chaotyczna, złożona ze strzępków wspomnień, zaprawionych ironią, czasami pięknych, najczęściej przerażających. Kobieta sprawia jednak wrażenie całkowicie pogodzonej z własnym losem, spokojnie czekającej na koniec. A śmierć przychodzi na naszych oczach, cicho i niezauważalnie, w momencie kiedy Barbara głośno opowie o najbardziej dręczącym wspomnieniu jej życia.

[txt JB, foto Marcin Kułakowski]

niedziela, 27 maja 2007
A w poniedziałek...
czytanie sztuki Artura Urbańskiego ŻYCIE I ŚMIERĆ BARBARY KRAPP. Zapowiada się ciekawie, choćby z powodu obsady,  w której m.in.: Magdalena Cielecka, Andrzej Chyra, Magdalena Kuta i Lech Łotocki. To już ostatnie czytanie w tym sezonie.